stat4u


© a-w, © Webdesign by Tu kliknij 2003

W miarę jak Jonatan oddalał się od rynku, zapadała coraz większa cisza. Zachgodziło słońce i mieszkańcy miasta przeważnie zdążyli wrócić już do domów. Młodzieniec mocniej otulił się wytartą kamizelką, mozolnie mijając następny, długi rząd domów. Nagle dostrzegł grupę ubogo ubranych ludzi, zgromadzonych przed trzema wysokimi budynkami, oznaczonymi literami "A", "B" i "C".
Budynek "A" był pusty i znajdował się w opłakanym stanie - odpadały tynki, okna były powybijane, ostatnie ocalałe szyby pokryte brudem. Obok, przy wejściu do budynku "B", stała ciasno zbita gromadka ludzi. Jonatan słyszał dobiegające ze środka krzyki i odgłosy krzataniny dochodzące z parteru i dwóch pieter. Z każdego okna i balkonu wystawały obskurne kije, na których zawieszono pranie. Dom wprost pękał w szwach od mieszkańców.
Jeszcze dalej stał budynek "C" - doskonale utrzymany, nieskazitelnie czysty i podobnie jak "A" pusty. Wypucowane na glanc okna skrzyły się w promieniach zachodzącego słońca, a tynk był gładki iiwprost lśnił czystością.
- znasz możę jakieś mieszkanie do wynajęcia? - jakaś młoda kobieta dotknęła niespodziewanie ramienia Jonatana.
- Przykro mi, ale nie jestem stąd. Dlaczego nie poszuka pani czegoś w tych dwóch pustych budynkach?
- Po co? - odparła łagodnie. Była długowłosą jasną szatynką o bardzo miłym głosie. Ubranie leżało na niej nieszczególnie, ale i tak była bardzo ładna. Sprawiała wrażenie osoby inteligentnej i pewnej siebie, choć ostatnimi czasy wyraźnie jej się nieszczęściło. Jonatan bardzo chciał jej jakoś pomóc.
- Coś z nimi nie tak? - zdziwił się. - Wyglądają na puste...
Zgadza się. Mieszkałam z rodziną w bloku "C", dopóki pani de Flanelle nie nakłoniła Rady Lordów do przekazania jej kontroli nad czynszem.
- Co to takiego?
- Czynsze nie mogą już iść w górę.
- Dlaczego? - chciał wiedzieć Jonatan.
- Oj, to długa i niezbyt mądra historia. Jakiś czas temu, gdy w naszej okolicy pojawiła się Fabryka Marzeń, tata i sąsiedzi zaczęli skarżyć się na nieustanne podwyżki czynszów. To prawda, że koszty utrzymania rosły, a ludzie i tak zjeżdżali do nas z innych części wyspy, ale tata doszedł do wniosku, że nie należy już płacić wyższego czynszu. Zebrał więc innych... czy raczej byłych lokatorów i zażądali, żeby Rada Lordów zabroniła właścicielom budynków podnoszenia czynszów. Rada usłuchała. Następnie zatrudniła całe hordy inspektorów i sądziów, ktorzy mieli dopilnować, by właściciele przestrzegali nowego przepisu.
- czyli lokatorzy powinni się z tego tylko cieszyć stwierdził Jonatan.
- Z początku tak było. Tata już nie musiał martwić się o czynsz. Ale wszystko zaczęło się psuć, kiedy właściciele zaprzestali budowy nowych mieszkań i zalegali z naprawami.
- Cóż sie stało?
- Mówili, że rosną ceny wszystkiego - remontów, dozorców, urządzeń gospodarczych, podatków i tak dalej - a im nie wolno podnosić czynszów, więc oszczędzają na czym mogą. Po co mieliby stawiać nowe mieszkania, na których by i tak stracili?
- Podatki też rosły?
- Oczywiście - trzeba było zapłacic inspektorom, sędziom I utrzymać Pałac Lordów. Musiały wzrosnąć kadry urzędnicze i co za tym idzie budżety. Zgodzili się na kontrolowanie czynszów, ale nawet nie przyszło im do głowy, by zachamować wzrost podatków! No i po pewnym czasie właściciele mieszkań byli powszechnie znienawidzeni.
- A przedtem tak nie było?
- Tata powtarzał, że nie lubi płacić im czynszów, ale z drugiej strony, dopóki mieszkania czekały na lokatorów, właściciele musieli się starać o klientów. Byli serdeczni wobec lokatorów i ciężko pracowali, żeby utrzymać jak najlepszy porządek. O niemiłych właścicielach wszyscy się prędzej czy później dowiadywali i unikali ich. U dobrych właścicieli zostawali stali lokatorzy, zaś zmorą nimiłych były ich świecące pustką lokale.
Po wprowadzeniu kontroli czynszów właściciele jak jeden mąź zmienili się na gorsze - ciągnęła zdesperowana.
Usiadła na krawężniku, a Jonatan przycupnął obok.
- Koszty stale rosły, zaś czynsze stały w miejscu jak wmurowane. Właściciele mieszkań musieli ograniczyć koszty własne, czyli dokonywali coraz mniej remontów. Lokatorzy się wściekali i naskarzyli do inspektorów, którzy wymierzyli grzywny właścicielom - przynajmniej tym, którzy nie dali im łapówek. Poniósłwszy ogromne starty, właściciele pozostawili budynek "A" swojemu losowi. Malała liczba mieszkań, a liczba czekających się wydłużała. Nigdy jeszcze nmie było tak mało mieszkań. Gburowaci właściciele z budynku "B" nie musieli się już przejmować pustostanami. Wszystko wskazywało na to, że lista zrozpaczonych poszukiwaczy mieszkań nie ma końca. Niemili właściciele wymuszali od lokatorów mnóstwo pieniędzy i innych dóbr, więc w sumie wyszli na tym całkiem nieźle!
- Część właścicieli tak po prostu zabrała się i poszła? - Jonatan nie potrafił uwierzyć, że ktoś może porzucić swoją własność.
- Zgadza się. Nikt prócz Rady Lordów nie potrafi wyłożyć więcej niż wcześniej otrzymał. Rada rozważa możliwość przejęcia porzuconych mieszkań i kierowania nimi dzięki subsydiom finansowanym z podatków.
- A nie może się pani jakoś dostać do budynku "B", gdzie jest pełno ludzi? - zapytał młodzieniec, który chciał jej w jakis sposób dopomóc.
- Jest wypełniony do oporu i nikt nawet nie myśli o wyprowadzeniu się. Gdy zmarła pani Whitmore, rozpętało się prawdziwe piekło: każdy chciał znaleść się na jaknajwyższym miejscu na liście oczekujących. Koniec końców mieszkanie przypadło synowi pani de Flanelle, mimo że jakoś nikt nie może sobie przypomnieć, żeby jego nazwisko figurowało na jakiejkolwiek liście. Kiedyś chcieliśmy zamieszkać wspólnie z inną rodziną w jednym mieszkaniu, lecz inspektorzy stwierdzili, że jest to niezgodne z prawem budowlanym.
- Co to takiego?
- Prawo budowlane określa standardy wyglądu i przeznaczenie budynku - mimo wyraźnego znużenia kobieta starała się zaspokoić ciekawość Jonatana. - Lordowie ustalają, jaki tryb życia odpowiada mieszkańcom danej budowli. Chodzi o takie sprawy jak liczba rodzin, zlewów, łazienek, przestrzeń przypadająca na jednego członka rodziny.
Umilkła na chwilę, po czym dorzuciła z nutką drwiny w głosie:
- Na koniec wylądowaliśmy na ulicy, gdzie nic nie dzieje się zgodnie z tym prawem. Nie mamy zlewu, łazienki ani swoich pokoi, za to mamy o wiele za dużo wolnej przestrzeni.
Myśl o położeniu tej kobiety coraz bardziej przygnębiała młodzieńca. Wtem przypomniał sobie o trzecim, całkiem nowym i pustym budynku. To przecież rozwiązanie nasuwające się samo przez się.
- To może by się tak wprowadzić do bloku "C"?
- Złamałabym przepisy strefowe - zaśmiała się z goryczą.
- Przepisy strefowe? - zawtórował Jonatan, podnosząc się z krawężnika i potrząsając z niedowierzaniem głową.
- To przepisy dotyczące usytułowania mieszkań.
Podniosła jakiś patyk i zaczęła rysować na ziemi:
- Zaczyna się od tego, że Rada rysuje sobie na planie miasta linie. Z jednej strony takiej lini ludzie mogą spać, ale pracowac muszą już po przeciwnej. W ten sposób budynek "B" znajduje się na stronie od spania, a "C" - od pracy. "C" jest ładny i stoi w pobliżu "B" w drodze wyjątku pod przepisów, jaki udało się uzyskać pani de Flanelle. Zazwyczaj dzieje się jednak tak, że miejsca do spania i pracy położone są w przeciwległych częściach miasta, tak by pracownicy musieli co dzień, rano i wieczorem, przebywać długą drogę. Mówi się, że duże odległości sprzyjają rozwojowi fizycznemu i pomagają w sprzedaży wagonów.
Jonatan wpatrywał się zdumiony w przeludniony budynek, wciśnięty pomiędzy dwa pustosany. "Co za bałagan", pomyślał.
- I coż pani teraz pocznie? Zapytał ze współczuciem.
- Trzeba będzie żyć z dnia na dzień. Tata chce mnie wysłać na przyjęcie, jakie pani de Flanelle urządza jutro dla wszystkich bezdomnych. Obiecuje masę rozrywek i darmowy obiad.
- Co za hojność! - zawołał młodzieniec z cieniem niedowierzania w głosie. - Może pozwoli pani zamieszkać u siebie, póki nie znajdzie pani innego dachu nad głową.
- Prawdę mówiąc tata zdobył się kiedyś na odwagę i zapytał ją o to - to w sumie jej sprawka, że wprowadzono tę kontrolę czynszów. W odpowiedzi usłyszał: "To oznaczałoby, że mamy do czynienia z filantropią! A filantropia jest upokarzająca!". Wytłumaczyła, że godzi się zażądać mieszkania od podatników. Wezwała go do cierpliwości, zapowiadając, że namówi Lordów do przyjęcia nadzoru zarówno nad czynszami, jak i nad nieruchomościami jako takimi.
Kobieta uśmiechnęła się do Jonatana:
- A tak w ogóle to mam na imię Ania. Masz ochotę wybrać się jutro na darmowy obiad do pani Flanelle?

Ken Schoolland "Przygody Jonatana Poczciwego. Odyseja wolnego rynku", rozdział "Zamiesz(k)anie", Wydawnictwo "Zielone Brygady", Kraków 2000




skocz do dołu!
(kliknij na domek)
ściągnij banner

k l i k n i j !