W 1992 r. Jan Płoński z przyjaciółmi założył Fundację Jeziora Oświn, której celem był m.in. wykup przylegających do rezerwatu gruntów. Powiększając w ten sposób obszar chroniony, zapewniałoby się właściwą ochronę mieszkającym tu dzikim zwierzętom. Grunty Wesołowa - kilkanaście hektarów, które fundacja wykupiła od chłopów, a potem nieodpłatnie przekazała Skarbowi Państwa na poczet przyszłego rezerwatu, reprezentujący Skarb Państwa Urząd Rejonowy przekazał Lasom Państwowym. Jednak w październiku tego roku okazało się, że Nadleśnictwo Borki opiniując projekt powiększenia rezerwatu nie wyraziło zgody na włączenie tych gruntów do rezerwatu. W ten sposób Lasy Państwowe wyłudziły i sprzeniewierzyły kilkanaście hektarów brzegu jeziora przekazane im w darze od prywatnych ofiarodawców.
Patrząc na rozległy krajobraz jeziora Oświn pytam się gospodarza o nastawienie miejscowych ludzi do rezerwatu w czasach, kiedy zaczynał pracę. Odpowiada mi ze śmiechem. - Znakomite! Do rezerwatu wyrzucało się śmieci, wylewało gnojowicę - to było takie miejsce przydatne dla każdego. W rezerwacie również się kłusowało i dotyczyło to zarówno kłusownictwa rybackiego, jak i łowieckiego. Będąc tutaj strażnikiem nie szukałem otwartych konfliktów z miejscowymi, jednak zdecydowanie rozmawiałem i próbowałem przekonywać. Dawałem im do zrozumienia, że wszystko, co robią jest pod kontrolą. Natomiast nigdy nie wlepiłem żadnego mandatu, nie łapałem ludzi. Owszem, jak znalazłem nielegalne sieci, to likwidowałem je na miejscu, albo gdy znalazłem łódki kłusownicze, to niszczyłem je siekierką. Unieszkodliwiłem ich w pierwszym roku mojej pracy chyba z kilkadziesiąt.
Na początku swojego strażnikowania na Oświnie Płoński zadeklarowanych wrogów nie miał, jednak prawdziwe konflikty zaczęły się, gdy wyciągnął na jaw fakt, że myśliwi strzelają do gęsi nad rezerwatem.
- Gdy zostałem strażnikiem, miałem wiele zapału do pracy i żadnych doświadczeń - wspomina początki walki o rezerwat Jan. - Na polecenie szefa miałem za zadanie obserwować przebieg polowań na gęsi w czasie jesiennych przelotów. Gęsi było wtedy dużo, tysiące. Na pół godziny przed zachodem słońca nadlatywały nad jezioro ze wszystkich stron świata. Również zewsząd słychać było kanonadę. O świcie na tafli jeziora znajdowałem ranne i martwe ptaki. Niektórzy myśliwi stawali na wąskim, wcinającym się w jezioro półwyspie. Musieliby strzelać pionowo w górę, żeby trafione gęsi nie spadały do jeziora. Oni polowali nie dla mięsa, lecz dla przyjemności zabijania. Byłem kiedyś świadkiem polowania na lisy, kiedy to "przez pomyłkę" padł łoś, a gdy konserwator przyrody dał pozwolenie na redukcyjny odstrzał odyńców, to w czasie polowania padło 9 dzików, w tym 7 macior. W lutym, kiedy maciory są prośne! Innym z kolei razem widziałem, jak z ambony ustawionej tuż przy "poletku łowieckim" strzelano do buszującej w pszenicy zwierzyny. Na sekundę przed strzałem zapalał się potężny reflektor oślepiający zwierzęta. Nietrudno było wyciągnąć z tego wniosek, że dla rezerwatu będzie lepiej, jeśli myśliwi odsuną się od niego trochę.
Poczynione w terenie obserwacje Płoński przekazał swoim zwierzchnikom w formie notatek służbowych i sprawozdań. Ówczesny Wojewódzki Konserwator Przyrody Zdzisław Szkiruć potrafiący bezkonfliktowo załatwiać trudne sprawy, doprowadził do dobrowolnego wycofania się myśliwych z południowej części półwyspu. Od tego jednak czasu myśliwi zaczęli traktować Płońskiego jak zwierzynę do odstrzału. Pojawiły się donosy i pomówienia, że strażnik zajmuje się kłusownictwem rybackim. Akcje milicji na jeziorze, rewizje domu i samochodów odwiedzających go gości - wszystko bez efektu. Poprosił wtedy zwierzchników o pomoc w postaci jeszcze częstszych, nie zapowiadanych kontroli dokonywanych przez Państwową Straż Rybacką, aby oczyścić się z oskarżeń. Jak dotąd, czyli przez 17 lat nikt nie był w stanie udowodnić mu kłusownictwa. Jednak Płoński od pół roku nie jest już oficjalnie strażnikiem rezerwatu. Pod pretekstem kradzieży drewna pozbawiono go tej funkcji i pozbyto się w ten sposób niewygodnego dla miejscowej elity człowieka. Nie załamał się tym i wciąż strzeże skarbów jeziora Oświn. Już nie zawodowo, lecz społecznie...
Na Zielonym Ostrowiu przebywa obecnie 45 koników polskich w całkowicie naturalnych warunkach. Nie mają stajni, ogrodzeń, nie są dokarmiane. W zamian mają do dyspozycji prawie 500 ha łąk, pastwisk, bagien i zagajników. Dwa konkurujące ze sobą stada podzieliły teren między siebie i kształtują krajobraz wydeptując i zgryzając krzewy i siewki drzew, tworząc otwartą przestrzeń dla migrującego ptactwa. Pierwsze stado pasie się na łąkach tuż przy granicy z Rosją. Przewodzi mu ogier Namorzyniec. Drugie, pod wodzą Morusa, można spotkać nad jeziorem. Całość stanowi istotną rezerwę genetyczną jedynej rodzimej rasy koni prymitywnych i w kraju jest drugim co do wielkości stadem żyjącym na wolności. Jego unikalność doceniło Ministerstwo Rolnictwa nadając hodowli status zachowawczej.
Ruszamy w teren na spotkanie z nimi. Wsiadam razem z gospodarzem i jego synem Osmanem do starego radzieckiego uaza, kupionego okazyjnie od służb granicznych. Jako jedyny jest w stanie skutecznie zmierzyć się z tutejszymi ugorami i podmokłymi łąkami.
- Kiedy zatrudniałem się do pracy jako strażnik - wspomina Płoński - już w pierwszym miesiącu wiedziałem, że chodząc pieszo, mogę się tylko nachodzić i nic więcej. Teren jest zbyt duży, żeby można go było pieszo skontrolować, bo tu wszystkiego jest ponad tysiąc hektarów. Przejście na drugi koniec jeziora jest wyprawą na cały dzień, w czasie której przeszukać można było tylko kilkadziesiąt metrów brzegu. I jeśli chciałem skontrolować inny fragment, to znowu zajmowało mi to cały dzień, a w tym czasie kłusownicy mogli przenieść swój sprzęt na odcinek, w którym byłem poprzedniego dnia. To była syzyfowa praca, chociaż nie do końca bezskuteczna - przez te piesze wyprawy dokładnie poznawałem rezerwat - wodę, jezioro, las i łąki. Te pierwsze lata były fascynujące - była to eksploracja zupełnie nieznanego lądu.
Jedziemy polną drogą, okolica wygląda niczym skrzyżowanie ukraińskiego stepu z afrykańskim buszem. Wokół nas przesuwa się przestrzeń traw z kępami ciernistych głogów. Dziś możemy mówić o dużym szczęściu. Dosyć szybko udaje się odnaleźć ukryte wśród wysokich traw dwa stada koników oraz grupę młodych ogierków. Wysiadamy z samochodu. Stado koników o myszatej sierści gromadzi się wokół, ocierając ciekawskie pyski o nasze ciała. Trochę nieswojo się czuję wśród tej plątaniny końskich ciał, szczypiących moje ubranie grubymi, mięsistymi wargami. W jedno ze stad pod nieobecność ogiera wdzierają się młode konie, szerząc wśród statecznych klaczy chaos i panikę. Najstarsza z nich, pełniąca obowiązki opiekunki stada, próbuje zębami przegonić rozochoconą męską młodzież. Bez skutku. Jednak taka sytuacja nie trwa długo. Od strony lasu dochodzi głośne rżenie i na polanę w pełnym galopie wpada ogier z rozwianą grzywą. Młode hultaje widząc, co się święci, nie czekają na dalszy rozwój wypadków i w popłochu znikają w gęstwinie lasu.
- Ogiery walczą ze sobą nieustannie i są to walki na śmierć i życie. Nasz ogier Trop padł na serce w walce z Nemrodem. Po nim z kolei znaleźliśmy tylko nogę, kiedy po walce z Morusem oddalił się od stad - opowiada o koniach Eliza, kiedy dotarliśmy z wyprawy do domu. Noc spędziłem w pokoju dla gości, gdzie nad kinkietem w sąsiedniej łazience jaskółki wybudowały sobie gniazdo z gliny. Ściany pokoju ozdabiają kolorowe zdjęcia koników autorstwa Elizy. Część z nich objechało wiele wystaw.
Wczesnym rankiem opuszczam gościnny dom Płońskich, jego spokój, zapach łąk, rżenie koni za lasem. Gospodarze wtopieni w krajobraz Zielonego Ostrowa niczym dwa mocne drzewa wydają się być nierozłączną częścią tego ginącego świata. I póki Płońscy i im podobni będą go strzec, póty ten świat nie zginie.
Dariusz Matusiak
"Dzikie Życie" nr 12/2002
"Dzikie Życie" - miesięcznik poświęcony obronie dzikiej przyrody, głębokiej ekologii i bioregionalizmowi wydawany przez Pracownię na Rzecz Wszystkich Istot, znaną z radykalnych i skutecznych akcji w obronie Ziemi. Pismo można nabyć w salonach prasowych Empik, Kolporter oraz w prenumeracie - odwiedź stronę pisma!