Unia Europejska otworzyła w tym roku swoje granice dla mieszkańców Rumunii. W tej osobistej opowieści autor opłakuje zagładę starego świata.
Rumunia, lipiec 1997. Ładujemy wóz i wyruszamy do domu przez sady jabłoni. Ion prowadzi konie traktem pomiędzy polami. Michai i ja siedzimy na szczycie kopy siana. Na horyzoncie widzę Karpaty spowite lekką mgiełką. Wszędzie wokół nas ludzie pracują na polach - jedni koszą lub grabią, inni formują stogi siana albo stawiają snopki ze słomy. Leżę na plecach na słodko pachnącym sianie i obserwuję przesuwające się nade mną obłoki. Podczas gdy wóz toczy się powoli w kierunku domu, nasłuchuję odgłosów wsi: beczenie pasących się owiec, świdrujące gwizdy pasterzy, nawoływania woźniców i pozdrowienia, jakie Michai wymienia z grupami pracujących na polu ludzi: "Chodźcie z nami do domu! Nie pracujcie tak ciężko. Musicie sobie zostawić coś na jutro do zrobienia!". W połowie drogi ze wzgórza mijamy pracującą samotnie starszą kobietę, która grabi siano i robi z niego snopki. "Zatrzymaj konie!" - krzyczy Michai. Gramolimy się na dół, ściągamy trochę siana dla koni i zabieramy się z naszymi widłami i grabiami do pomocy. Zajmuje nam to 20 minut, kobieta sama robiłaby to kilka godzin. "Niech Bóg da wam zdrowie i powodzenie!" - krzyczy, gdy ruszamy w dalszą drogę.
Wiejscy pasterze fot. Jacek Zachara - zdjęcie powstało w ramach projektu Stowarzyszenia "Olszówka" p.t. "Wielokulturowość w Karpatach".
A MURY PADAJĄ
Kiedy pod koniec roku 1989 po raz pierwszy podróżowałem po Europie Wschodniej, po drodze zajrzałem do Berlina. Zbliżając się do sławnego muru słyszałem z daleka monotonne kucie setek młotków - odgłos tej dekady. Setki, może tysiące ludzi rozkuwało beton, który rozdzielał Wschód od Zachodu przez 40 lat. Żołnierze z Niemiec Wschodnich nadal siedzieli w swoich strażnicach, ale wydawali się zdezorientowani i niepewni co robić, gdy na ich oczach granica znika kawałek po kawałku. To były wspaniałe dni, wszyscy czuli, że stoją na progu nowej, świetlanej przyszłości. W pewnym sensie była to prawda. Ale jest jedna rzecz, której wtedy nie rozumiałem: ściana ta nie tylko odgradzała jak mur więzienny mieszkańców Europy Wschodniej, stanowiła także barierę ochronną, która zatrzymywała wszelkie złe aspekty zachodniej kultury. W roku 1989 jeszcze nie uświadamiałem sobie tego, że dla bloku wschodniego otwarcie granic okaże się otworzeniem Puszki Pandory.
Gdy w 1990 r. jechałem do Europy Wschodniej, spodziewałem się ujrzeć ponury świat szarych bloków, świat gdzie ciągle pada deszcz i jest pochmurno, a ludzie są w ciągłej depresji. Taki stereotyp stworzono na Zachodzie. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, co było widoczne szczególnie w Rumunii. Kraj ten był jednym z najbardziej kolorowych i pięknych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. Ludzie, bez względu na to, czy byli to Rumuni, Węgrzy, Sasi siedmiogrodzcy czy Romowie, byli tak otwarci, przyjaźni i wspaniałomyślni, że odsuwali w cień wszystkich, których do tej pory spotkałem. Nie tylko potrafili człowieka nakarmić, zaproponować na nocleg najlepsze łóżko w domu, ale jeszcze następnego dnia wyekspediowali w drogę obładowanego jedzeniem i piciem nie oczekując niczego w zamian. Od tamtej pory większość czasu spędziłem w rumuńskich wioskach. Zakochałem się w tym kraju i ludziach tam żyjących. Niestety stałem się również świadkiem zmian, za które wstyd mi było jako człowiekowi reprezentującemu kulturę Zachodu. Niszczy ona wszystko, z czym się zetknie. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Rumunię, nie było tam reklam ani neonów, ruch samochodowy na nielicznych asfaltowych drogach nie był problemem, nie spotykało się plastikowych śmieci, a przestępczość i narkotyki były niemal niezauważalne. Oczywiście było kilka mocno zanieczyszczonych ośrodków przemysłowych, ale zdecydowana większość kraju była czysta. Wszystko to się zmieniło.
RAJ UTRACONY
W roku 1996 postanowiłem zamieszkać w wiosce w najbardziej tradycyjnej części Rumunii. Było jasne, że rozpoczął się okres zmian, dlatego też zamierzałem poznać część tego tradycyjnego sposobu życia zanim zginie. Zamieszkałem w domu 78-letniego Michaiła i jego żony Marii. Przez 4 lata uczył mnie, jak kosić i okopywać, jak stawiać snopki, jak orać i bronować z koniem, jak obsiać pole. Pracowaliśmy razem całą wiosnę, lato i jesień, gawędząc w międzyczasie. Zimę spędzaliśmy w kuchni, Maria gotowała, Michai naprawiał uprząż i opinci - rzemienne buty, jakie noszą chłopi. Ja czytałem. Poznałem większość ludzi we wsi, chodziłem na ich wesela, pogrzeby i inne uroczystości. Obserwowałem z podziwem tych ludzi, którzy zdawali się posiąść sekret bycia szczęśliwymi, którzy byli zadowoleni z tego, co posiadają, nie chcąc więcej. Oczywiście nic nie jest idealne, ale pod wieloma względami wioska ta była miejscem idyllicznym.
Gdy czasami odwiedzałem Anglię, gdzie wieś wygląda jak opustoszała, pozbawiona nie tylko ludzi, ale i kolorytu, opowiadałem o swoich doświadczeniach. Ludzie zarzucali mi wtedy zbytni sentymentalizm, idealizowanie życia chłopów oraz krytykowali moje opłakiwanie zmian, jakie nastąpiły po roku 1990. "Łatwo ci tak mówić, kiedy wszystkie udogodnienia Zachodu są dla ciebie dostępne. Kim jesteś, że masz czelność mówić komuś, żeby nie czerpał korzyści z nowoczesności, nie nosił jeansów i nie pił Coca-Coli? Czy tylko dla twojej przyjemności mają tkwić w swoim zacofaniu?" - takie słowa słyszałem. Wzruszałem wtedy ramionami, ale w głębi czułem, że coś jest nie tak z tego typu argumentami. Dlaczego na przykład młody człowiek, który właśnie wrócił z krótkiego pobytu w Bukareszcie - wówczas już nowoczesnego miasta z neonami i zachodnimi sklepami - do wioski, gdzie ludzie są tak radośni i gościnni, gdzie możesz usłyszeć szemrzące strumienie, powiedział mi, że czuje się jakby powrócił do raju? I dlaczego każdy tu wydaje się znacznie szczęśliwszy niż przeciętny mieszkaniec bogatej cywilizacji? W wiejskiej Rumunii nie było frustracji i niezadowolenia, konfliktów międzypokoleniowych, tak popularnych na Zachodzie. Działo się tak być może dzięki kultywowanemu modelowi społecznemu, w którym ludzie starsi żyli razem z młodymi. Może sprawiał to ciągły kontakt z przyrodą - życie na wolnym powietrzu kształtowane przez pory roku? A może to zasługa starych zwyczajów, strojów, tańców i muzyki, które dawały każdemu poczucie grupowej przynależności? Cokolwiek to było, pomimo twardych warunków, twarze tych ludzi były świeże i zdrowe, a ich śmiech wolny i donośny.