Materiał przygotowało pismo "Dzikie Życie"
Rumunia - UE-mania (3)
 |  nr 10/2002 |  |
Tak jak nowoczesne produkty zaczęły zatruwać rzeki, tak nowe reklamy zaczęły zatruwać ludzkie umysły. Efekt psychologiczny tego szturmu reklamowego miał zburzyć strukturę wsi. Młodym ludziom przestał się podobać ich dotychczasowy sposób życia, co bardzo zaniepokoiło ich rodziców i dziadków. Coś się zmieniło z odwiecznym rytmie życia starszych mężczyzn i kobiet. W ich oczach zagościł smutek. Wszystko, co do tej pory brali za pewnik, stało teraz pod znakiem zapytania. Co się teraz z nimi stanie? Najbardziej widoczną i powierzchowną zmianą był sposób ubierania się. Po raz pierwszy w historii wsi dziewczyny zamiast marszczonych spódnic i halek zaczęły nosić spodnie. Pewnego dnia zderzyłem się z córką sąsiada ubraną w jeansy. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w spodniach, byłem więc zasmucony, że już i tutaj tradycyjne stroje znikają. Już słyszałem moich oponentów - "dlaczego uważasz, że biednej dziewczynie nie wolno ubierać się w to co chce?". I byłoby to dobre pytanie zważywszy na odpowiedź. Zapytałem dziewczynę o te spodnie. Wyglądała na nieco speszoną i odpowiedziała, że wszystkie spódnice są w praniu. Gdy sobie gawędziliśmy, minęła nas starsza kobieta mówiąc: "Ach ta dzisiejsza młodzież! Tak łatwo na was wpłynąć, że gdyby ktoś powiedział wam, że teraz najmodniejsze jest chodzenie nago, biegalibyście po ulicach z trzęsącymi się pośladkami!". Gdy kobieta odeszła, dziewczyna zaczęła rozmawiać szczerze: "William, musisz zrozumieć, że to nie jest takie proste. Nie stać mnie na nowoczesne ubrania, poza tym wolę moje spódnice, bo są wygodniejsze i piękniejsze, ale jeśli nie jesteś na czasie, ludzie śmieją się z ciebie i mówią, że jesteś biedakiem. Dawniej było łatwiej, bo sami szyliśmy swoje ubrania. Co roku pojawiały się nowe ściegi i hafty, co stanowiło o modzie. Teraz wszystko kupujemy i to, czy dobrze wyglądasz zależy tylko od pieniędzy". Kiedy mi to powiedziała pożałowałem, że w ogóle ją zaczepiłem. Jak to często bywa, prawda okazała się być nie tam, gdzie spodziewaliśmy się ją znaleźć. Ta dziewczyna nie mogła ubierać się tak, jak chciała, ale tak, jak dyktują zachodnie koncerny i agencje reklamowe.
Stopniowo ludzie zaczęli też uciekać ze wsi. Kusiły ich neony miast jarzące się na horyzoncie. Zawsze było tak, że niektórych ciągnęło do miasta, np. dziewczyny marzyły o poślubieniu kogoś z małego nawet miasteczka. Kiedy im się to udało, zazwyczaj zaczynały podkreślać swoją wyższość i żeby zaakcentować swój nowy status zaczynały ubierać na modłę miejską spodnie lub sukienki. W miejsce kolorowych chust i pięknych, długich warkoczy pojawiały się wymyślne fryzury. Ludzie ukradkiem śmiali się z nich, gdy niepewnie dreptały kamienistą drogą na wysokich obcasach. Z daleka widać było, że to kobiety ze wsi przebrane za miastowe. Do momentu, gdy wieś opuszczały 2-3 osoby, struktura społeczna nie była zagrożona. Obecnie jednak sytuacja się zmieniła. I nie chodzi tu tylko o pokusę ucieczki do miasta, ale za granicę. Ludzie byli tak zdeterminowani w dostaniu się na Zachód, że przekraczali nielegalnie granicę wisząc pod pociągami, przechodząc pieszo przez góry lub przepływając wpław rzeki. Wielu z nich lądowało na obskurnych przedmieściach i zarabiali nędzne grosze wykonując prace fizyczne. Pomimo ryzyka i nędznych warunków, żyły tak tysiące. Niektórzy wracali pozbawieni iluzji. Jedna kobieta, która w czasach komunistycznych była w więzieniu, dostała wizę do USA. Wróciła po kilku miesiącach i nie miała specjalnej ochoty opowiadać o swoim tam pobycie. "Życie w Stanach było gorsze niż tu w więzieniu" - powiedziała tylko. Pomimo jej i innych osób ostrzeżeń, prawie wszyscy młodzi ludzie, z którymi rozmawiałem, ciągle marzyli o tym samym - opuścić Rumunię i wyjechać na Zachód.
1 stycznia 2002 r. Unia Europejska zniosła wizy dla Rumunii. Spowodowało to migrację ludzi na niespotykaną skalę, wyjechały setki osób. Wiele kolejnych wyjedzie niebawem. Oznacza to śmierć dla wioski, w której mieszkałem. Nawet jeśli ci, którzy wyjechali powrócą, nie będą to już ci sami ludzie. Będą się zachowywać jak ci, którzy wyjechali kiedyś do miasta i raz na 10 lat przyjeżdżają na śluby i pogrzeby.
NIE MA JAK W DOMU
O takich to ludziach rozprawialiśmy z Michaiłem. Łatwo zauważyć różnicę, gdy stoją w otoczeniu swoich wiejskich krewniaków: choć uważają się za lepszych, nie ma w nich tej pogody ducha i radości, co w wieśniakach. Michai zauważył: "Ci, którzy opuścili wieś, zawsze po powrocie wydają się jacyś bladzi, ich oczy są przygaszone, zdają się być chorzy i zmęczeni. Ale kiedy z nimi rozmawiasz, zawsze zachwalają, jak wspaniałe życie wiodą w mieście. Każdą rozmowę kierują na to, jak im się dobrze powodzi. Patrząc na nich i słuchając ich wywodów, zawsze dochodzę do wniosku, że życie na wsi, jakbyś ciężko nie pracował, jest lepsze".
Niestety historię tworzą ci, którzy wyjechali ze wsi, ci ambitni. Twierdzą oni, że postęp jest właściwą drogą. Muszą tak twierdzić, gdyż są dumni i nie mogą już wrócić. Do głosu nie dochodzą osoby takie, jak Michai, które zostają w tyle. Virginia Woolf napisała kiedyś o mieszkańcach wsi: "Są ostoją zdrowego rozsądku, kiedy znikną, nie będzie już ratunku dla ludzi".
Jak destruktywny nie wydawałby nam się komunizm w Rumunii, nie udało mu się zniszczyć tradycyjnego sposobu życia wsi. Udało się to natomiast w przeciągu kilku lat kulturze Zachodu. Reklamy, pop-kultura i narkotyki wyrwały młodych ludzi z ich rodzin i zniszczyły społeczności lokalne.
Od dłuższego już czasu obserwujemy jak zachodni konsumeryzm i dążenie do wzrostu gospodarczego niszczą na całym świecie małe społeczności wiodące szczęśliwy i nieszkodliwy dla przyrody żywot. Próbuje się prostych ludzi przerobić na konsumentów, nikt natomiast nie kwapi się, żeby im pomóc. Bardzo nam spieszno w niszczeniu rzeczy, z których większość sami byśmy chętnie na powrót widzieli u siebie. Nie chodzi tu o charakter więzi społecznych, ale brak śmieci, czyste rzeki, żywność bez chemikaliów. Dla Rumunii nie jest jeszcze za późno. Nie znikła jeszcze doszczętnie wiedza o tym, jak żyć, by nie szkodzić środowisku. Może powinniśmy zapraszać mieszkańców rumuńskich wiosek, by nas uczyli, zamiast obserwować, jak się marnują jako sprzątaczki i lokaje w zachodnich miastach?
Niedawno szedłem z Michaiłem na pole, kosy i grabie klekotały na naszych ramionach związane pękiem traw. Gdy doszliśmy do drogi, przemknęła obok ciężarówka Coca-Coli zostawiając nas mrugających w chmurze pyłu. Kawałek dalej zatrąbiła na wyładowaną furę z sianem i minęła ją o kilka cali. Przerażone konie poniosły stromym zboczem i pomimo wysiłków woźnicy wóz wylądował w rowie. Konie padły w plątaninie uprzęży, a ich właściciel wyskoczył w biegu, żeby się ratować. Ciężarówka nie zatrzymała się, lecz znikła za zakrętem spiesząc się z nową dostawą.
William Blacker
tłumaczyła Joanna Matusiak
"Dzikie Życie" nr 10/2002
 | |
"Dzikie Życie" - miesięcznik poświęcony obronie dzikiej przyrody, głębokiej ekologii i bioregionalizmowi wydawany przez Pracownię na Rzecz Wszystkich Istot, znaną z radykalnych i skutecznych akcji w obronie Ziemi. Pismo można nabyć w salonach prasowych Empik, Kolporter oraz w prenumeracie - odwiedź stronę pisma! |
1
2
3
|