rozrywka   podróże   fachowo   kontakt   startuj
jaWsieci
 jaWsieci prasówka RUMUNIA - UE-MANIA (2)
 Materiał przygotowało pismo "Dzikie Życie"
Rumunia - UE-mania (2)
pokaż stronę
nr 10/2002
Tak było do czasu, gdy wielkie zachodnie agencje reklamowe zaczęły otwierać w Rumunii swoje biura, struktura dawnego życia zaczęła się załamywać, a jakaś nieuchwytna zmiana pojawiła się w oczach ludzi. Niektórzy wieśniacy mieli śnieżące, czarno-białe telewizory, które zaczęły teraz nadawać nowe, sprytne reklamy nakierowane na rozwijanie zachłanności, budzące zazdrość wśród mieszkańców biednych wsi i żerujące na ich naiwności. Sąsiedzi gromadzili się wokół telewizora i wpatrywali w te obrazki. Niektórzy byli zszokowani, inni zdumieni. Ten inny świat obiecywał tłum skąpo odzianych dziewcząt, jeśli tylko napijesz się Coli. Wszyscy ci ludzie z reklam byli piękni i uśmiechnięci. Dawniej wieśniacy tak naprawdę nie pragnęli niczego ponad to, co mieli. Ale teraz, widząc wszystkich tych atrakcyjnych i szczęśliwych ludzi w telewizji, zaczęli kwestionować wzorce swojego dotychczasowego, tradycyjnego życia. Dotyczyło to szczególnie ludzi młodych. Wtedy też zaczęli mówić o sobie - prymitywni. Stopniowo zaczęli stawać się konsumentami. Żeby pokazać, jak bardzo są na czasie, zaczęli kupować - za pieniądze, których nie mieli wiele - produkty reklamowane w telewizji.


DO GŁOSU DOCHODZI MARKETING
Stawanie się konsumentami nie miało nic wspólnego z potrzebami tych ludzi. Niemal wszyscy mieszkańcy wsi, z wyjątkiem kilku najuboższych, którymi opiekowali się sąsiedzi, mieli dawniej pod dostatkiem pożywienia i innych rzeczy. Dlatego na początku mało kto zwrócił uwagę na nowoczesne produkty, tym bardziej, że były one drogie. Ale krok po kroku zachodni model wpychania ludziom rzeczy na siłę, powtarzające się obrazki z półnagimi dziewczynami uśmiechniętymi zachęcająco, zaczęły robić swoje. Jakieś półtora roku po moim przyjeździe do Rumunii, wraz z wyborami prorozwojowego rządu, pojawiły się firmy reklamowe. Nowe władze chciały wykazać się dobrymi intencjami i wprowadzić jakieś zmiany po latach komunizmu. I oczywiście witały z otwartymi rękami wszystko co przychodziło z zachodu. Wzięły też ogromną pożyczkę od Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego na rozwój infrastruktury. Od tego momentu zmiany, które były powolne, nabrały błyskawicznego tempa. W nietkniętym dotąd krajobrazie zaczęły pojawić się stacje benzynowe, które ze swoimi neonami wyglądały jakby przybyły z obcej planety. Zaspokajały one potrzeby stale rosnącej liczby samochodów osobowych i ciężarówek.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Rumunii, mogłem podróżować przez godzinę nie spotykając żadnego auta. Od tamtego czasu liczba samochodów podwajała się z każdym rokiem. W pierwszym roku mojego pobytu przez wieś przejeżdżało kilka pojazdów na godzinę, sześć lat później 2-3 na minutę. Wraz ze wzrostem liczby samochodów rząd zaczął wykorzystywać pożyczki na naprawę zdumiewająco złych dróg, na których dawniej dzieci mogły się bawić, a toczące się wolno wozy nie stanowiły zagrożenia. Dla mnie warkot ciężarówek, które przywiozły smołę do asfaltowania nierównego wiejskiego traktu, brzmiał jak piły w "Wiśniowym Sadzie". Dla mieszkańców wsi było to święto, gdy obserwowali, jak czarny asfalt posuwa się ze wzgórza, od głównej drogi. Zaraz potem wieśniacy zaczęli opisywać rzeczy, że są "gładkie jak asfalt". Wróżyłem najgorsze, lecz ludzie patrzyli na mnie dziwnym wzrokiem. "Dzieci już nigdy nie będą się mogły bawić na drogach" - mówiłem. "No cóż, będą się bawiły gdzie indziej" - odpowiadali. "Ale zaczniecie się martwić, gdzie one są i nie będziecie już żyć tak spokojnie jak dotąd" - kontynuowałem, ale nie zwracali na mnie uwagi. Droga była symbolem rozwoju, inne wsie miały wcześniej asfalt, teraz oni też go mieli. Aż pewnego dnia pędzący samochód zabił chłopca. Był to ośmioletni wnuk mojego starego przyjaciela-gawędziarza, który potrafił godzinami snuć rymowane opowieści. Dopiero wtedy ludzie nieco stracili entuzjazm. Na pogrzebie wylano więcej łez niż na jakimkolwiek innym, w którym uczestniczyłem. Dla chłopca było już za późno, podobnie jak dla tej wsi - droga już tam była.

Wraz z ułatwionym dojazdem, we wsi zaczęli się pojawiać obwoźni sprzedawcy, z zadziwiającym czasem asortymentem. Przyjechały też z miasta obwoźne sklepy, w których można było kupić reklamowane w TV produkty. Stopniowo ludzie zaczęli kupować, ale na to potrzebowali pieniędzy, więc gdy w wiosce pojawili się handlarze drewna i zaoferowali gotówkę, wieśniacy wycięli sady czereśniowe i końmi zawlekli drzewa w miejsce, skąd mogły je zabrać ciężarówki. Pamiętam, jak Michai pokazał mi w Wielkanoc niegdyś obsypane kwiatami, a teraz gołe wzgórza mówiąc "nie jest dobrze". Wkrótce niektórych wieśniaków stać było na piły łańcuchowe, innych nawet na traktory. Z tymi urządzeniami mogli wyrąbywać więcej drzew.

Pewnego dnia jedna z najbogatszych we wsi rodzin zagrodziła ścieżkę, która prowadziła przez ich łąkę. Cała wieś była wówczas pokryta siecią takich ścieżek, które były tu od wieków i nikomu nigdy nie przyszło do głowy ich zagradzanie. Nawet najbiedniejsi poświęcali kilka metrów kwadratowych trawy, ziemniaków lub kukurydzy pod te dróżki. Ale teraz były potrzebne pieniądze i interes prywatny postawiono ponad dobro ogółu.

Przewoźne sklepy sprowadziły do wsi plastykowe opakowania. Nawet w miastach aż do połowy lat 90. nie było w zasadzie nowoczesnych opakowań. Woda mineralna, mleko, jogurt i piwo były sprzedawane w butelkach zwrotnych. Warzywa, owoce, ser i mięso kupowano na miejscowych rynkach, na które ludzie przychodzili z własnymi koszykami i torbami. Dziś wszystko jest sprzedawane w folii. Krok po kroku, w sklepach pojawiły się foliowe jednorazówki i plastykowe butelki, które zaraz potem można było spotkać w potokach i na poboczach dróg. Strumień zaczął wypełniać się śmieciami, a wodę zatruły detergenty.

Pewnego dnia wracałem z pola. Towarzyszył mi 10-letni syn sąsiada, który z dumą wymieniał wszystkie nazwy drzew i kwiatów, jakie mijaliśmy. Doszliśmy do strumienia płynącego środkiem wsi i zobaczyliśmy stosy śmieci na jego brzegach. "Kilka lat temu, gdy zanurzyłem wiadro w strumieniu, żeby zaczerpnąć wody dla domu, zobaczyłem rybę, która się w nie złapała. Teraz nie ma tu już żadnych ryb, tak mi mówili chłopcy, którzy tu łowili" - wyjaśnił mój kompan.



  1   2   3  




pogoda
wiadomości
prasówka
kalendarz
kontakt:
poczta
sms
czat
dyskusje
forum
blogi
kartki
e-dyski
strony
tematy
szukam:
e-zasoby
tv & radio
odjazdy
rozrywka
podróże
zdrowie
sztuka:
teatr
kino
muzyka
literatura
e-galeria
muzeum
recenzje
inicjatywy
wydarzenia
zakupy
pieniądze
fachowo
patronaty
reklama
taxi




Karton w E-galerii
O portalu | Kontakt | Komunikaty | Nawigator | Reklama | Strony WWW | Serwer | Współpraca | Regulamin
© Copyright by jaWsieci 2001-2021. Korzystając z portalu zgadzasz się na stosowanie Cookies
[do góry]